- Ty Zeflik, wczoraj żech sie dopiero w Krakowie dowiedzioł jako jest różnica między teściem a teściową.
– No to powiedz mi gibko!
– No ta, że teść przychodzi z wizytą a teściowo na wizytację!
Idzie trzech króli do żłóbka. Na progu stajenki jeden z nich sie potknął i krzyknął :
– O, Jezu !
Słysząc to Maryja trąciła Józefa łokciem i pedziała: No i widzisz – to jest imię – “Jezus” , a nie jakiś tam Stefan…
Roz na dole górnicy chcieli se w karty pograć. Nie mieli jednak pieniędzy i umówili sie, że zamiast pieniędzy to se w gębę strzelą. No i dobrze. Teroz tasują już karty a tu jeden prask w pysk, tego co tasowoł.
– Pierona! Co robisz? Dyć żech jeszcze ani dobrze nie pomieszoł?
– No ja, ale przecę trzeba coś zawsze na początek dać do banku nie!?
Roz szoł chłop ze swoją babą a oboje coś nieśli.
– Jadwiżko, nie mosz za ciężko?
– Nie.
– A nie obijo ci ta torba kolan?
– Nie.
– A nie wdziero ci sie to trzymanie w rękę?
– Nie.
– No to zamień sie ze mną.
Józik spotyka w restauracji Masztalskiego i szepcze mu na ucho:
– Ty, znowu ktoś jest u twojej żony.
– Pierona! Już nie wytrzymom!
– Bierz moją laskę i leć – radzi kamrat.
Masztalski wchodzi po chwili do chałupy i choć ciemno, wyraźnie widzi, że spod kołdry wystają cztery nogi. Wali na oślep laską po nogach, a potem wyżej i wyżej… Opamiętał się dopiero w kuchni, gdy przy piecu zobaczył żonę.
– Przywitałeś się już z teściami? – pyta żona. – Bardzo zdrożeni przyjechali i żech ich w naszej sypialni położyła…
- Takiś niedobry dla mnie, Masztalski – mówi teściowa – ale mógłbyś przynajmniej załatwić mi miejsce na Powązkach.
Masztalski oburzony, że teściowa tak źle o nim myśli, pojechał do Warszawy. Wraca na drugi dzień i oznajmia:
– Miejsce mosz załatwione!
– Nie może być! – cieszy się teściowa.
– Ino musisz się pospieszyć do środy, bo przepadnie.
Ludożercy szykują śniadanie dla króla. Zamierzają uwarzyć piękną blondynkę. Nagle przybiega sługa pałacowy Masztalski i woła od progu:
– Kucharze! Nasz pan, Wielka Żarłoczność, chce, coby śniodanie dać mu do lóżka, na surowo!…
Antek mioł taką babę co sie nigdy z nim nie wadziła. Umiała wszystko po dobroci zrobić. Roz też Antek wrócił z szychty a był pierońsko zły. Baba mu zaroz obiod dowo i przynosi naprzód zupę. Antek wonio, patrzy, żur z kartoflami, bez słowa wyciep talerz z zupą przez okno. Baba nic. Bez słowa przyrychtowała drugie danie: kotlet, kapustę i kartofle. Antkowi sie na ten widok oczy śmieją, bierze już widełkę do ręki a w tym baba bierze talerz i wyrzuca go przez okno.
– Ale babeczko, co ty robisz, taki fajny kotlet!
– Jakeś wyciep talerz toch myślała, że dziś chcesz obiadować w ogródku.
Jedna baba powadziła sie z mężem. We wieczór, kiedy sie jeszcze nie pogodzili, maż wziął kartkę i napisoł: “staro obudź mie o piątej rano”. Rano obudził sie o siódmej. Już chcioł ryknąć na baba. Naroz widzi na stole kartkę. “Stary, wstowej, już pięć”.
- Ty, Francek! Chodzisz to jeszcze z tą Maryjką od Matlorzów?
– Nie, już nie chodzę.
– No to mosz szczęście, boch sie wczoraj takich rzeczy o niej dowiedzioł, żebyś ani nie uwierzył. A po jakiemu już z nią nie chodzisz?
– Boch sie z nią ożenił.
Jednemu górnikowi urodziło sie w trzy miesiące po ślubie dziecko. Koledzy mu na dole doskwierali, że to nie jego, że coś tu nie gro.
Górnik wypił se jednego na odwagę i dalej do swojej baby. Przychodzi i pado jej, że z tym dzieckiem cos mu nie pasuje. A baba jak gębę nie otwarła:
– Co nie pasuje ci? Może rachować nie umiesz! Patrz:
Trzy miesiące jo jest twoja baba.
Trzy miesiące tyś jest mój chłop.
A trzy miesiące my są żonaci.
Wiela to jest razem do kupy? Jest dziewieć miesięcy czy nie?
Przyszedł roz górnik z szychty i tyla co wlozł do izby wdepnął do kupy, bo to dziecisków w doma pełno. A baba z gębą do niego:
– Ty mamlasie jeden, to jo tu cały dzień koło tego chodzę i nie wdepłach, a ty tyla coś wlozł to już prosto w gówno.
- Od dziś dzielimy sie robotą – pado żona do górnika. Dziecko jest nasze i roz ty go będziesz kolebać a roz jo. W nocy żona budzi męża.
– Józef! Mały ryczy!
– To se pokoleb twoją połowę a moja niech ryczy.
- Francek, ponoć żeś sie ożenił?
– Ano, prowda.
– No to musisz być szczęśliwy?
– No, musza!!!
Roz w sądzie skarżyli takiego jak to padają recydywistę. Sędzia tak patrzy na niego i rzekł:
– Jak widać to musicie być zepsutym człowiekiem. W jakim to towarzystwie sie wychowali i obracali?
– No wiedzą, od młodości mom ino z sędziami i adwokatami do czynienio!
Antek pracowoł na nockę, na pochylni z dwoma kumplami. Kiedyś powiedzieli mu, że jego staro zdradzo go i poradzili mu, żeby w połowie szychty poszoł zobaczyć do dom. Antek rzeczywiście w połowie szychty polecioł do dom. Patrzy przez dziurkę od klucza i widzi, że z jego babą siedzi sztajger. Prędko polecioł nazod i pado do kumpli:
– Wy pierony! Wyście chcieli, żeby on mie widzioł i zapisoł mi bumelkę. Co!?
Co to jest? Chodzi po ścianie i ryczy.
Sztygar.
Antek, czy ty wiesz jako jest różnica pomiędzy psem a kobietą?
– ?
– No widzisz, baba to na swojego szczeko a do cudzego sie przymilo a pies na opak!
- Panie Gajda, czy wasza kobieta jest w doma?
– Nie, przed trzema godzinami poszła na pięć minut do sąsiadki.
Jedna baba spowiado sie, że rozwaliła na głowie chłopa swego gornek z gliny. Ksiądz jej na to:
– A żałujecie to aby?
– Toć! Przecę za niego 100 złotych dałach!
Jednym młodym urodził sie syn. Poszli do kościoła, żeby go ochrzcić. A dali mu na miano Jan. Ksiądz bierze ta wata, sól i oleje i pyto:
– A którego to Jana wybraliście?
– Jak to którego?
– No pytom jak sie wasz synek będzie mianowoł, czy Jan Kanty, czy Jan od św. Krzyża, czy Jan od olejów czy może Jan Nepomuceński?
Ach to o miano wom idzie? No to przecę Jan Kaczmarek!
Pyto roz ksiądz na nauce przedślubnej:
– Powiedz mi Józek, czemu to chłop musi babę żywić a nie na opak?
– No myślę, że to wedle tego, iż baba roz w raju chłopa żywiła i my za to jeszcze do dzisiaj pokutujemy.
Roz Francik posłoł swoją starą na wczasy. tyla razy słyszoł, że jest to równouprawnienie, myślał se: “Niech roz i moja zażyje tych wczasów”. No i dobrze. Gustla se pojechała, teraz nazod już przyjeżdżo. Francik z bukietem na dworcu na nią czeko i jak ino z pociągu wylazła, to on ponoć tak ją spytoł:
– Dziubecku a byłaś ty mi aby wierno?
– No toć Franciku – pado Gustla – tak jak i ty mie!
– Koniec Gustla! – pado Francik – już ty mi na żodne wczasy więcej nie pojedziesz!
W jednej wsi mieszkoł se chłop z babą. A wszyscy ludzie wiedzieli, że ta baba nie jest tako jako mo być prawdziwo kobieta. Ale ten chłop, jak to padają, też mioł swoje za uszami. No i pado roz tak tej babie:
– Wiesz staro, jakby tak dziś kto do mnie przyszoł, to nie puść żodnego. Powiedz, że mnie nie ma w doma, a jo się położę na małą chwilkę. No i tak zrobił. Siedzą tak w doma a naroz ktoś klupie. Staro idzie do drzwi, i chłop słyszy jak ona rozprowio:
– Bardzo żałuję, ale dziś mój chłop jest w doma!
Po tym zamkła drzwi i poszła do izby. Chłop jej pado:
– Ale staro, przecież tyś miała blank na opak powiedzieć!
A baba mu na to:
– A dyć co cie to obchodzi? To przecież nie był żodyn do ciebie ino do mie!
Wiesz – pado kolega do kolegi – kobieta to jest jak ten anioł stróż. Po ślubie to ten anioł furgo do nieba, a kole ciebie to ino ten stróż zostanie.